Sztuka, malarstwo współczesne, malarstwo sakralne, poezja

Elżbieta Wasyłyk - malarstwo, poezja, sztuka

Rozmawiała Barbara Chochołek

Rozmawiała Barbara Chochołek

Elżbieta Wasyłyk, dr hab. profesor AS, malarka, kierownik II pracowni malarstwa i rysunku w Akademii Sztuki w Szczecinie. Zajmuje się malarstwem sztalugowym, ściennym i witrażem. Wspólnie z profesorem Kazimierzem Rocheckim maluje polichromię w naszym kościele.

Proszę nam przybliżyć swoją osobę.

Mieszkam w Trzciance, niewielkim 17 tys. miasteczku, które znajduje się 86 km na północ od Poznania. W nim się urodziłam, ale wychowałam się pod Trzcianką w Runowie. Ukończyłam Liceum Ogólnokształcące w Trzciance, potem studiowałam historię na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po czterech semestrach odkryłam jeszcze większą pasję – malarstwo. W zasadzie zostałam chyba powołana do tego zawodu.Malarstwo studiowałam na Wydziale Malarstwa, Grafiki i Rzeźby Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu. Po studiach uczyłam w trzcianeckim liceum, najpierw plastyki, potem wiedzy o kulturze. W 2006 dostałam propozycję pracy w Wyższej Szkole Sztuki Użytkowej w Szczecinie. W 2007 obroniłam pracę doktorską na UMK w Toruniu, a w 2011 pracę habilitacyjną na ASP w Krakowie. Od 2010 pracuję na Akademii Sztuki w Szczecinie, a obecnie na stanowisku profesora.

Prywatnie jestem matką Daniela, Aster i Marii. Daniel przygotowuje się do obrony pracy magisterskiej i licencjackiej, Aster i Maria jeszcze studiują w Poznaniu. Jestem związana z ruchem charyzmatycznym (oczywiście w kościele katolickim!).

Czy Pani malarstwu towarzyszy jakiś motyw?

Interesuje mnie człowiek w perspektywie sacrum. Nieustannie poszukuję formy, aby pokazać jego przestrzeń; wnętrze, w którym dokonuje się tajemnica spotkania z Innym; z Bogiem, z drugim człowiekiem. Poszukuję formy malarskiej, która stanie się pojęciem opisującym dynamikę ludzkiej rzeczywistości, zanurzonej w przemyślany kosmiczny żywioł istnienia, którego kresem i wiecznym życiem jednocześnie jest Osoba Boga, w której człowiek nie zlewa się z drugim w jedną masę, ale stanowi różnorodny i skończony byt w dynamicznie uporządkowanej, wciąż nowej – twórczej jedności.

Maluję to co zrozumiałam, lub zaczynam rozumieć. W latach 90 tych malowałam obrazy związane z procesem uzdrawiania mojej osoby, przez który przeprowadzał mnie Jezus. Wszystkie obrazy powstałe w tym nurcie zatytułowałam Pascha i zaprezentowałam m. in. w Instytucie Kultury Polskiej w Rzymie, w trakcie trwania stypendium, które otrzymałam z Fundacji Jana Pawła II w 2001 roku. Potem malowałam osobę jako wspólnotę, a teraz próbuję określić malarsko kształt obecności. A prościej mówiąc interesuje mnie spotkanie z człowiekiem i z Bogiem i o tym mówię w moich realizacjach.

Zajmuje się Pani także malarstwem sakralnym.

Tak, mam kilka realizacji w przestrzeni sakralnej. Jestem autorką polichromii w Kościele w p. Jana Chrzciciela w Trzciance, namalowałam tam trzy plafony w prezbiterium: Chrzest Jezusa w Jordanie, Zwiastowanie NMP i Widzenie Zachariasza.

W 2002 roku wykonałam polichromię w kaplicy Sióstr Opatrzności Bożej w Wielkiej Wsi koło Wolsztyna. Trzy lata temu zrealizowałam w Szczecinie, w kaplicy kościoła p. w Bożego Ciała polichromię, która ma ok 100m2 powierzchni malarskiej – od sufitu po podłogi, z rozwiązaniem kolorystycznym sklepienia. Dla tej samej kaplicy zaprojektowałam i wykonałam dwa witraże z motywem gołębi, ołtarz, ambonkę, krzyż procesyjny i naczynia liturgiczne.

Projektuję również witraże. Mam wiele realizacji, m.in. w kościele MB Częstochowskiej w Darłowie i w kościele w Motylewie koło Piły.

Jaka jest różnica między malarstwem płóciennym a ściennym?

Są trzy zasadnicze różnice:

Pierwsza dotyczy warstwy rzeczowej i technologicznej – powierzchnia zagruntowanego płótna jest elastyczna, reaguje na nacisk pędzlem. Ściana jest twarda, nie można nią obracać, w trakcie analizy formy, której się szuka.

Druga różnica dotyczy tempa pracy i warunków. W przypadku realizacji ściennych jest to praca poza pracownią i bardzo często na wysokości, co wiąże się z koniecznością korzystania z rusztowań, które z reguły są dość kosztowne i na jakiś czas.

Trzecia różnica dotyczy problemu przestrzeni:

W trakcie realizacji obrazu na płótnie mamy do czynienia z większą lub mniejszą iluzją przestrzeni w obrębie ograniczonej powierzchni płaskiej. W sytuacji, gdy polichromią pokrywane są wszystkie ściany, a nie rzadko również sufit, to problem przestrzeni intensyfikuje się w związku z relacyjnością poszczególnych, różnie usytuowanych względem siebie płaszczyzn malarskich. Pojawia się zatem nie tylko iluzja przestrzeni na powierzchni płaskiej, ale problem przestrzeni fizycznej, będącej wypadkową poszczególnych powierzchni płaskich pokrytych mniej lub bardziej iluzyjnym malarstwem. W malarstwie ściennym malując na ścianach maluję jakby w przestrzeni. Odwołam się teraz do kaplicy w Szczecinie. Myśląc o ścianach i pilastrach miałam na uwadze relacje jakie zachodzą w trakcie przemieszczania się patrzącego, między jedną ścianą a drugą, między przodem a tyłem, między ścianą i słupami. Wszystko dlatego, że choć maluję z jednego punktu widzenia, to ten jeden punkt widzenia zawsze jest mobilny (zmienia się, wraz z patrzącym poruszającym się).

Skąd Pani czerpie inspiracje do pracy?

Nigdy nie uważałam siebie za osobę z rozbudowaną wyobraźnią. Choć w kłębku kurzu w łazience, albo w splocie chmur widziałam coś więcej. Pasjonowało mnie studium z natury. Od dłuższego czasu pomysły przychodzą w czasie medytacji Słowem Bożym, w czasie uwielbienia lub po prostu modlitewnego milczenia. Czasem po długim myśleniu, jakby z zaskoczenia przychodzi pomysł, który jest jakby obrazem z pogranicza myślenia i słyszenia.

Jak to się stało, że znalazła się Pani tutaj?

Z profesorem Kazimierzem Rocheckim spotkaliśmy się w 2004 roku na plenerze w Paradyżu, w Seminarium Zielonogórskim. Mówiłam mu o swoich planach związanych z doktoratem. Potem profesor został promotorem mojej pracy doktorskiej. W tym samym roku zaprosił mnie do Leska na Forum Malarstwa Polskiego. Po długiej przerwie, z początkiem czerwca dostałam propozycję współpracy przy polichromii waszej świątyni. Z jednej strony ucieszyła mnie ona, a z drugiej napełniła wieloma obawami. Bo jak spotka się dwóch artystów bardzo silnych i bardzo twórczych, z dużym doświadczeniem, i jednocześnie różną stylistyką, to współpraca może być bardzo trudna. Nie ukrywam, że jest tak faktycznie, ale malujemy i mam nadzieję, że wspólnota parafialna przyjmie owoc naszych różnorakich wysiłków jako dar wspólnoty dla wspólnoty.

Jak wygląda podział pracy przy polichromii w naszym kościele?

Cała realizacja (założenia tematyczne) wynikają z koncepcji profesorstawa Mirosławy i Kazimierza Rocheckich. Ja jestem tu przede wszystkim po to, żeby pomagać artystycznie. W pierwszym etapie realizacji (przed przełożeniem rusztowań) profesor szkicował Anioły, a ja porządkowałam formę tzn. doprecyzowywałam formę twarzy, dłoni, stóp i tego wszystkiego, co potrzebowało jeszcze ingerencji rysunkowej, a potem malarskiej. Podobnie było z niektórymi scenami.

Zadaniem, które zrealizowałam samodzielnie, jest rodzaj malarskiego fryzu (pomysł prof. Rocheckiego) z motywem gołębi i scena przy organach z motywem Marii Magdaleny rozpoznającej zmartwychwstałego Jezusa w osobie ogrodnika. Od kilku dni rysuję owce w dwóch scenach w części prezbiterium. Nie wiem jeszcze, czy będę opracowywać je kolorystycznie.

Jakie emocje towarzyszą Pani w chwili, gdy dzieło nabiera „kształtów”?

Wyczuwam dwa poziomy tego pytania i odpowiem dwa razy:

1. Jeżeli chodzi o emocje przy tej sobniowskiej realizacji, to rozradowała mnie kolorystyka, która jest bliska mojemu myśleniu. Zaczyna się w najwyższej części ulubioną przeze mnie ultramaryną, a potem kończy kolorystycznie logiczną konsekwencją tej decyzji.

2. Jeżeli chodzi o emocje twórcze w ogóle to, gdy dzieło nabiera kształtów, czuję, że dane jest mi przeżyć kolejną, ciekawą przygodę, po drugie wchodzę w głębsze skupienie, które wiąże się z rodzajem przyspieszenia (nie mylić z pośpiechem). Bywa, że jakby jestem obecna bardziej gdzieś dalej, głębiej niż tu. A potem odczuwam rodzaj rozkoszy i wtedy odkładam pędzle i długo patrzę i często nie wierzę, że to ze mnie…

Jak Pani godzi pracę z życiem rodzinnym?

Sama wychowałam troje dzieci, jak były mniejsze to mama przychodziła dwa – trzy razy w tygodniu na kilka godzin, pilnowała dzieci, ale zasadniczo to ja prowadziłam dom.

Starałam się tak wychowywać dzieci, abyśmy tworzyli wspólnotę, w której nikt nikogo nie wykorzystuje. Każdy potrafi sprzątać, gotować i prasować, a potem zasiąść do wspólnego stołu i cieszyć się wspólną niedzielną rekreacją tj. ulubionymi grami w chińczyka, uno, itp. Gdyby wszystko spoczywało na mnie to na pewno relacje z dziećmi nie były by tak dobre i pewnie mój dorobek byłby mniejszy.

Pani profesor kształtuje Pani młodych ludzi. Czym jest dla Pani ta praca?

Moja praca na uczelni jest rodzajem towarzyszenia studentom, aby mogli pełniej się rozwinąć, pójść dalej. Uczę ich obserwować, zauważać, afirmować, analizować i szukać dla tych wszystkich czynności wyrazu w dziele wizualnym: malarskim, rysunkowym. Dzielę się swoim doświadczeniem. Bardzo lubię pracować ze studentami. Lubię pracować ze studentami zdolnymi, ale jeszcze większą radość sprawia mi praca ze studentami słabszymi. Kiedy dobry student stworzy coś ciekawego radość jest wielka, ale gdy ciekawe rozwiązanie artystyczne wykreuje student słabszy, bo czegoś się nauczył, otworzył się na coś nowego, albo po prostu przestał się bać, to radość jest nie do opisania.

Artystą się człowiek rodzi, ale to nie znaczy, że artysta nie musi się uczyć. Pracuję najpierw nad tym, aby student przestał się bać prowadzącego, bo często tak bywa, że ma złe doświadczenia z nauczycielami. Często studenci boją się krytyki, albo, że coś im się nie uda. Lęk jest tym co najbardziej paraliżuje, zatem stwarzam warunki, aby ci najbardziej wylęknieni jeszcze w pierwszym semestrze zobaczyli uśmiech na swoich twarzach i coś ciekawego na swoich płótnach.

Czym dla Pani jest sztuka?

To bardzo trudne pytanie. Niewątpliwie jednak, jest to taka aktywność duchowo-artystyczno-intelektualna, która umożliwia mi czasem transcendowanie; pójście w sobie dalej, poza schematy, przyzwyczajenia i ograniczenia. Umożliwia mi dystans do siebie i tego wszystkiego co mnie ogranicza i jednocześnie rozbudza we mnie afirmatywny stosunek do rzeczywistości widzialnej i niewidzialnej, a dobrej.

Jak Pani profesor się czuje pośród nas?

Bardzo lubię być w domu. Moje dzieci wiedzą o tym najlepiej. Jestem „chora”, gdy muszę wyjeżdżać, a wyjeżdżam często…

Kiedyś, gdy żaliłam się Jezusowi usłyszałam w sobie, że będę wyjeżdżać, ale wszędzie, gdzie będę, będzie mój dom…

Weszłam tu we wspólnotę osób; doświadczam tu silnej więzi braterskiej, opieki i troski. Jestem w domu.

Dziękuję za rozmowę
Rozmawiała Barbara Chochołek